Literatura

poniedziałek, 27 lutego 2017

Był lipiec 1975 roku, Roman był dyplomowanym kelnerem, fach miał w ręku, pracował w jednej z restauracji, w pewnym nadmorskim kurorcie. Była godzina 1.00, normalnie o tej godzinie przypadał koniec pracy, i do 2.00 pracowała obsługa baru, portierzy i pan Heniu, wykidajło, ale Roman postanowił zostać dłużej bo jakieś typy z pewnego stolika zdrowo dawały napiwki. Romana nie trzeba było uczyć, co pewien czas podchodził do wiadomego stoliczka i się pytał: "czy czegoś państwu nie trzeba się?" - szczególnie akcentował to śięę, szczególnie i ogólnie że był jusz po kilku pięćdziesiątkach. Po wódeczce panie starszy, i coś na ząb, się robi proszę szanownego pana odpowiedział Roman i poszedł do kuchni, a następnie z baru wziął 4 pięćdziesiątki i to zaniósł, skasowało ponownie dobry napiwek i tak było jeszcze ze dwa razy do 2 w nocy.

Za piętnaście druga na salę wszedł pan Heniu i oznajmił: proszę państwa już zamykamy, zapraszamy jutro! Zaraz potem do wstających od stołu wiadomych gości podszedł Roman, skasował rachunek, i udając uprzejmego zaproponował przytrzymanie marynarki bo gość wcześniej ją zdjął i powiesił na krześle,  O!, bardzo jest pan miły odpowiedział gość i się odwrócił tyłem by skorzystać z pomocy kelnera - biorąc marynarkę z krzesełka Roman błyskawicznym sprawnym ruchem włożył łapę do wewnętrznej kieszeni i szybko upuścił portfel na podłogę, nie był dzieckiem żeby brać to w łape i do kieszeni. Roman jeszcze zagadując odprowadzał gości w kierunku drzwi nerwowo co chwila lukając czy nikt nie podłazi do wiadomego stolika, ale gości prawie już w tamtej części restauracji nie było, a tu nagle gość od marynarki mówi: "za tak miłą obsługę to się panu starszemu należy napiwek!" - i sięga ręką do marynarki, Roman gwałtownie łapie tę rękę i głośno i stanowczo mówi: "nie! nie! stanowczo nie!" - i w formie żartu dodaje: "kelner może brać tylko przy stoliku" - po tych słowach Romana zapanowała ogólna wesołość i goście sobie poszli. 

Roman błyskawicznie podszedł do wiadomego stolika i upuścił niby służbową ściereczkę na portfel, po czem podniósł ściereczkę a razem z nią portfel, i od razu udał się na zaplecze. Stanął przy drzwiach wyjściowych na podwórze, tam błyskawicznie wyją z portfela pieniądze, było tego ponad 3000 złotych, jeszcze pod nosem zamruczał: "jebany badylarz, sie chuj obłowił" (Roman był zastępcą przewodniczącego POP PZPR w spółdzielni która prowadziła tą knajpę). Forse schował do kieszeni a portfel cisną za ogrodzenie knajpy, w strone ulicy. 

Pomógł jeszcze znieść do kuchni naczynia kelnerom z obsługi baru, i siadł na zapleczu przy stoliku służbowym, otarł czoło z potu, pomyślał jeszcze raz o tych 3 patykach, gamba mu sie rozjaśniła, po chwili wstał i poszedł do kuchni, przyniósł sobie schabowego, kiszone ogórki i trochę chleba, no i oczywiście butelkę w której było gdzieś dobre 200 gram, najpierw wychylił pięćdziesiątkę, potem przegryzł ogórkiem, chuchnął i się sam do siebie uśmiechnął, i powiedział na głos, dobra nasza.


czwartek, 20 października 2016

Lida 1 stycznia 1940 roku.

Wczoraj spotkałem ja lejtnanta Dubina, powiedział: przyjdź do mnie wieczorem, wypijemy, spotkamy nowy rok, będzie kapitan Jegorow i jeszcze kilku chłopaków. Dobrze powiedziałem i poszedłem, no naturalnie ubrałem sie odpowiednio i perfum nie pożałowałem, przychodze a tam już wszyscy sa, i kapitan Jegoro też.

Od czego zaczniemy spytał nas Dubin?, no wiadomo od czego powiedział lejtnant Finicyn, od wódki zaczniemy i wódką skończymy. A może z początku herbaty chcecie?, herbata nie wódka, dużo nie wypijesz, odrzekł Finicyn. No i dawaj chlać, znalazła sie gitara, Dubin niczego sobie gra, głośno, więc myśmy chórem "Moskwe" machnęli, głos wiadomo, każdy z nas ma i śpiewa z całej siły, to aż okna sie trzęsły i szklanki dzwonily - niech burżuazja słyszy i zna że armia czerwona sie bawi.

W koncie pokoju pianino stało, ale grać nie umieliśmy na tym faszystowskim instrumencie, jednak kiedy wypiliśmy więcej to Finicyn spróbował i nawet bardzo dobrze szło, więc Dubin na gitarze rżnie, my z całych sił: "Jeśli zawtra wajna", śpiewamy a Finicyn pianino obiema rękami po zębach chlaśnie i tak ładnie nam szło że my tym sposobem do północy sie bawili.

Potem Dubin uroczyście powiedział, drodzy towarzysze, zaraz będzie nowy rok, a mu zaczniemy go specjalna zakaska do wodki, jest to najlepsze burżujskie jedzenie, poszedl on do szafki i wyja dużą papierowa torbe, przyniósł ja i wyrzucił zawartość na stół, było to coś podobnego do stronków dużego bobu albo do małych ogórków, co to jest spytałem? banany, powiedział Dubin, nasze chłopaki z NKWD tu u pewnego burżuja który miał dawniej owocarnie rewizje zrobili.

Dawać tu banany!, krzyczy Jegorow, dość burżujom tym sie obżerać, teraz nasza kolej. No nic, Dubin banany porządnie w umywalce umył, i kilka z nich plasterkami na talerzu pokrajał, potem oczywiście odpowiednio posolił, i każdemu wódki nalał. Zdrowie piechoty! powiedział, wypiliśmy i bananami zagryzamy, ale cholera go wie, jakoś niesmacznie było, ja nawet wypluć chciałem, a Finicyn wówczas powiedział: do tych bananów trzeba octu i tak samo pieprzu, pieprz był a po ocet Dubin do gospodyni poszedł pożyczyć, doprawiliśmy banany octem no i rzecz jasna pieprzem, i zupełnie inny smak wyszedł, ale wszystko jedno, nie podobały mi sie, wole kiszone ogórki, a nawet cebule, ale nic, pod wódke to nawet i banany pójdą.

Tylko to było najgorsze że kapitan Jegorow troszke za wcześnie chorować zaczął, Finicym do pianina go podprowadził, przykrywke instrumentu otworzył i powiedział: walcie towarzyszu do środka bo szkoda podłoge zanieczyszczac, a w tym głupim instrumencie miejsca dość, widze ja że z drugiej strony pianina Maślannikow też sie przysposobił i też naloty na Ryge robi.

Ale ja dobrze sie trzymałem i dalej wódke pod banany chlastałem, a potem posłyszałem jak Dubin powiedział: te banany to najlepiej z olejem jeść i cukrem, ale szkoda że nie mam, nie zdążył on tego wypowiedzieć jak kapitan Jegorow od pianina oderwał się i do stołu zbliżył sie, jeden banan niepokrajany jeszcze wziął i Dubina w zęby jak zajedzie, otrułeś mnie draniu, krzyczy, nigdy ja od wódki tak prędko nie rzygałem, banany należy sie kiszone jeść albo marynowane a ty surowe dałeś, i w morde go i w morde go, więc Dubin zaczął bronić sie, chwycili sie za włosy i po podłodze turlają sie, ale to drobiazg ot troche śmiechu było i już, a potem my pili ale na banany apetyt stracilim, tylko Dubin jadł żeby sie nie zmarnowało.

Szkoda że wam nie podobają sie mówił, to przecież sama najlepsza burżujska przekąska, tylko pewnie trzeba do nich chrzanu albo musztardy dodawać. To nich sobie te przekaske burżuje żrą a ja za takie kpiny i śmiechy będę w morde bił, powiedział Jegorow.

Bawiliśmy się tak chyba do 3 rano, dobrze nie pamiętam bo przytomność straciłem i dopiero nad ranem od zimna obudziłem sie, a zimno musiało być bo kapitan Jegorow w trakcie zabawy wszystkie okna krzesłem powybijał i pół pieca uszkodził , i takim to spodobem bardzo wesoło i przyjemnie spotkaliśmy nowy rok. 

Fragment powieści Sergiusza Piaseckiego.


środa, 02 grudnia 2015

Mały borsuczek Pepino kurował sie od jakiegoś czasu w chacie leśniczego pod Warszawa, leśniczy znalazł go wycieczonego pszy drodze, było to jeszcze latem, teraz młody Pepino było jusz w formie. Siedzieli razem z leśniczym na kanapie i ogladali telewizje, w tym wchodzi żona leśniczego i mówi: "miejsce borsuka nie jest na kanapie!", Pepiono poczuł sie urażony, fuknał i groźnie spojrzał na gospodynie, leśniczy zaś powiedział: "przestań trzaskać dziobem stara klempo!" i pogłaskał Pepino po główce. Leśniczy od jakiegoś czasu był poirytowany sprawą TK, Pepino też tym żył, w rozmowach z borsuczkiem leśniczy skarżył sie na nieodpowiedzialna postawe prezesa TK, w pewnej chwili Pepino powiedział: "postaram sie to załatwić dla dobra Polski!", leśniczy: "co ty?, oczadział?, za mały jesteś, stój!" - ale Pepino już był w drzwiach.

Noca przeniknął do siedziby TK, i zamelinował sie w gabinecie prezesa, koło 10.00 jak prezes tylko przyszedł Pepino poczekał i jak Żepliński zdejmował płaszcz doskoczył do niego od tyłu i przewlił na podłoge, płaszcz zarzycił prezesowi na głowe i gwałtownie ścisnął go za jaja, prezes zaczał wyć, wtedy Pepino który od rana miał dużo czasu w gabinecie i już miał przygotowane oświadczenie prezesa o rezygnacji i rezygnacji innych 5 sedziów, wtedy pokazał to Żeplińskiemu i powiedział: "podpisz to a sobie pójdę!", prezes odmówił, Pepino znowusz za jaja, w końcu prezes podpisał. 

Następnego dnia rano leśniczy jak zwykle po śniadaniu włączył telewizje a tam pani z tfałenu mówi: "many dla państwa sensacyjne oświadczenie prezesa TK", wyszedł prezes przed budynek TK i czyta, ale jaja mówi leśniczy, w tym w tle widzi jak mały borsuczek Pepino wybiega z siedziby TK z kopia oświadczenia, leśniczy otworzył gębę ze zdziwienia, jak ochłoną to dodał: "a to zuch!"...


środa, 23 września 2015

Macie tu odcinek 8, coby watku nie stracić.

Wolski właśnie wychylił reszte alkoholu ze szlanki jak do drzwi rozległo sie pukanie, Wolski podszedł i delikatnie je uchylił, stał tam gościu o twarzy alfonska który sie zapytał: "nie trzeba panu jakiejs pani do towarzystwa?, wie pan, samemu smutno", i sie uśmiechną połówką gemby, Wolski odpowiedział: nie, zaraz wychodze, alfons odpowiedział: "a to przepraszam", Wolski zamkną drzwi i idąc w kierunku fotela mruczał pod nosem: co za menty, doszedł do fotela i usiadł na nim, ale butelka stała na tyle daleko że musiał ponownie wstać, nalał druga szklanke, ale mówi: powoli, otwaorzył butelke wody mineralnej, wyja chleb aktówki, masło, cebule, solniczke wzial jeszcze z domu, wyja tez piwo co kupil wczesniej w sklepie, otworzyl piwo, wychylil polowe, nastepnie z nabożeństwem zabrał sie za krojenie chleba swoim wojskowym nożem co podprowadził z magazymu, kroil grube kawalki, tak jak przed wojna, rozpieczentowal maslo, z godnoscia posmarowal chleb, nastepnie ograł, poszedł umyć, i pokroił cebule w grube plastry, położył je na kromce chleba, kład je z szacunkiem, alkohol już wyraźnie czuł w tentnicach, ten szacunek do żywności i jakiś wewnętrzny głód który odczówał spowodował że a cholernym smakiem ugryzł zdrowy kawałem chleba z cebula, popil woda po chwili, szklanka wódki stała pełna, papatrzył na nia i sie w myslach do siebie usmiechna, nastepnie wyja z aktowki puszke sardynek co je jeszcze z domu zabrał, otwarł ostrożnie zeby ojejem sie nie pobrudzić, teraz siegnal po szklanke z wodka, wypił do połowy, chuchną, popił woda, chwile gapil sie w telewizor, pokazywali Dude z ta hostią - już w Wolskim nie było żadnej złośliwości, alkohol pulsował w tentnicach, Wolski powiedział: dobry człowiek, chciał dobrze ale wyszła wiocha, no bywa, i zaczął żreć sardynki. Kurwa, dobre, powiedział już na głos, wstał podszedł do TV i właczyl pendrajwa, i zaczal ogladac krajobrazy Norwegii, dal podkład muzyczny, i se w spokoju ogladal... cdn.

 

poniedziałek, 06 lipca 2015

Kiedy jeszcze za komuny, prezes Związku Literatów Polskich - Jarosław Iwaszkiewicz kupił sobie na talon „Fiata 125 p”, przechwalał się, że samochód ma wszystkie części włoskie. Przechwałki te dotarły do Antoniego Słonimskiego, który Jarosława Iwaszkiewicza, swego „byłego przyjaciela” bardzo nie lubił, więc i tym razem nie mógł powstrzymać się od złośliwego zapytania: „ale pedał chyba polski?” 

 

Jarosław Iwaszkiewicz i Antoni Słonimski - Kopenhaga 1934


wtorek, 23 czerwca 2015

Był rok 2025, od roku Polska, a właściwie na terenach etnicznie polskich, bo państw narodowych w zachodniej europie już nie było, a więc na tych terenach rzadzila partia o nazwie: Partia Postepu i Reedukacji, zachodnia europa byla pograżona w anarchii i chaosie, było już 10 lat po bankructwach, Francji, Hiszpanii, Grecji, Włoch, i praktycznie wszystkich poza Niemcami i Skandynawia, liczony w dziesiatkach milionow napływ nielegalnych i legalnych imigrantow poglebil jeszcze niepokoje spoleczne, PPiR nie odbiegała w swej ideologi od innych europejskich rządzących partii, wedle dzisiejszych wartości morznaby ja sklasyfikowac jako skrajnie lewicowa, ale nie we wszystkim, to tytułem wstepu.

Był 20 czerwca 2025 roku, Jakub Olski, członek PPiR i zastępca szefa gdańskiego MOPiR (Milicja Ochrony Partii i Reedukacji) wstał zaspany z wyra w budynku sztabowym dawnych koszar ZOMO, uchylił okno, do pokoju szybko wpadlo wilgotne orzeźwiajace powietrze deszczowego poranka, deszcze bebnil w rynnach i splywal po listkach drzew. Olski wystawil łape na deszcz i powiedział: no, piękny dzień, po słowach tych założył spodnie i kangurke w mopirowskie plamy, w MOPiR jak i zresztą wszędzie w kraju nie było mundurów czy ubrań wyjściowych, było to niezgodne z ideologia PPiR, gdzie minimalizm i praca, pomoc zwierzętom i słabszym była traktowana jak dogmat. Olski usiadl przy biurku gdzie leżała teczka z raportem z ostatniej akcji reedukacyjnej w kilku wioskach w rejonie Malborka gdzie była silna partyzantka WiS (Wolność i Sprawiedliwość), w dużej mierze rekrutująca się ludzi wywodzących sie z partii o podobnej nazwie a zdelegalizowanej na mocy europejskiego dekretu. MOPiR poniósł tam ciężkie straty, w odwecie jeden z batalionów po zajęciu jednej z wiosek wysadził tam kościół i rozstrzelał wiele osób podejrzanych o sprzyjanie wisowcom, nie był to pierwszy taki wyczyn mopirowcow ale ten był szczególnie nagłaśniany w mediach rosyjskich które propagandowo wspierały partyzantke WiS.

Olski miał to wszystko raportować szefowi i siedział teraz nad aktami, deszcze bebnil o parapet a Olski palcami po stole, co za chuje, mruczał se pod nosem, co za chuje...

poniedziałek, 08 czerwca 2015

Taksowka zajechala po hotel Wolskiego, w nozdrza Wolskiego uderzył zapach asfalty po lekkim letnim deszczu, zaplacil i poszedl do wejscia, zakupy schowal do aktowki ktora akurat mial z papierami na to spotkanie zeby nie wyjsc na wiesniaka, ze słoik z chlebem do hotelu ze go nie stać na restauran, i takie tak, po chuj ludzie ozory maja sztrzepic powiedzial w myslach Wolski wchodzac do hotelowego lobby, kurwy juz siedzialy na swoich miejscach, Wolski rzucił tam kontem oka, i udal sie prosto do wind. Wlaz do pokoju, zdjal spodnie i sportowa marynarke, usiadł na fotelu i właczyl telewizor.

Przeciagnal sie, i wuartykulowal: eeehhh, w telewizji laecialy reklamy, Wolski wstal i podszedl do aktowki, wyja butelke wodki, dwie bulki wroclawskie, twarog i cebule, wtedy se przypomnial ze nie kupil soli. Bulki przekroil kosom co ja zawsze nosil, powiedzmy na grzyby, cebule obral z łupinek i prekroił na cztery duże kawałki, bułki posmarował masłem, na połówki bułek położył teraz twaróg, wzial szklanke i otworzył butelke wódki, nalał do pełno, usiadł na fotelu i wypił pół szklanki wódki, alkohol zaczął się od razu wchłaniać - Wolski poczuł lekkie odprężenie, reklemy juz go tak nie wkurwiały, ale przełączył kanał na informacje, była informacja że Duda uratował hostie - Wolski powiedział sam do siebie: co on wyciera te portki tak po tych kościołach, popelina, po tych słowach sięgnął po szklanke z wódka, wychylił do dna, kiedy odstawiał szklanke nagle ktoś zapukał. cdn.

 

Warning: Wszelkie osoby fakty i miejsca jak i sytuacje przypadkowe i nie zamierzone. 

 



niedziela, 07 czerwca 2015

Wolski wstał rano, była szósta, ubrał sie niespiesznie i wyszedł z hotelowego pokoju na korytarz, na korytarzu wyczuł zapach papierosa i powiedział sam do siebie: już jaraja, lobby niedaleko recepcji bylo puste, żadnej kurwy nie było, Wolskie przechodząc kolo recepcji powiedział pani tam siedzacej grzecznoscowe: dzien dobry. 

Wylaz przed hotel, żadnej taksówki nie było bo to średniej klasy hotel byl na peryferiach miasta, Wplski stana i powiedzial: "jebany łord", wrocil sie do recepcji i powiedzial: moze mi pani podac nomer na taxi?, pani odpowiedziala: sama zadzwonie, Wolski powiedzial: to jeszcze lepiej, dziekuje pani.

Woski wsiadl do taksowki i powdzial ze pod ministersto, taksowkarz mial gadane, i najpierw wysadowal Wolskiego po co tam jedzie, kiedy Wolski powiedział że załatwić sprawe patronatu ministerstwa nad jakas inicjatywa zwiazku trepow to taksowkarz powiedzial: kurwa na kurwie teraz w tym rzadzie, jaedyna szansa jeszcze ten Kukiz, Wolski nie mial zamiaru wchodzic w jakas wieksza dyskusje i powiedzial: noo, calkiem mozliwe, szczery chlopak, taksowkarz nadawal cala droge a Wolski tylko mu grzecznosciowo odpowiadał, w stulu: noo, wiadomo, taz tak sadze, itp., taksowka stanela przed ministerstwem, Wolski zaplacil i wylazl.

W ministerstwie powiedzial tam jakiemus w jakiej sprawie i ze do wiceministra, ten gosc kazal Wolskiemu czekac, tak zeszlo z pultorej godziny, i gosciu przychodzi i mowi Wolskiemu: ministra dzisiaj nie ma i nie bedzie, Wolski powiedzial: dziekuje, i wyszedl, wychodzac myslal o slowach taksowkarza.

Laz na piechote po miescie, zobaczyl jakis sklep warzywny, wlaz i kupil sobie kilka cebul, wyszedł ze sklepu, slonce pieknie swiecilo, szedl dalej, w przypadkow naptkanym sklepie kupil sobie jeszcze chleb, maslo i twaróg, szedł dalej w napotkanym monopolowym kupil dzwie butelki wódki, i szedl dalej w poszukiwaniu taksowki. cdn.

 


 

Warning: Wszelkie podobieństwa do osób i innych zdarzeń przypadkowe i nie zamierzone. 

A tu odcinek 6.

sobota, 02 listopada 2013

A było tak: dzisiaj z rana pojechałem od zaplecza do Heńkowej knajpy, bo Heniek wczoraj mi mówił żeby mu pożyczyć taka ksiarzka. Koty powitały mnie obojentnie i podeszły do mnie, szef bandy kotów powiedział: "cześć amigos", odpowiedziałem: dzień dobry się, se. Szef bandy kotów powiedział: "no to se masz makrele" - odpowiedziałem: nie, bo znowusz zapomniał żem se wziońć dla was. Ledwo skończyłem te fraze jak dostałem cholerny cios na żołądek od szefa bandy kotów, gdy skręcałem się z bulu szef kociej bandy powiedział: "to dobrze robi na pamięć" i w tym momencie chwycił mnie za włosy i poprawił dwa razy z kolana - padłem na podwórze. Leżąc słyszałem jak koty gadają do siebie: "Miałczur już mu wystarczy, teraz będzie pamiętał" - Miałczur nic nie odpowiedział ale po chwili zwrócił się do mnie: "wstawaj zapominalski, nie rób tu przedstawienia"... i wtedy się obudziłem. 


czwartek, 09 maja 2013

Wlazł do środka, od razu jego uwagę przykuła szafka ze szklanymi drzwiami, a w środku dwa piwa Beck's, Cola, wody mineralne, dwie 200 gramowe żubrówki, jakieś batoniki... wziął krzesło i usiadł przy tej szafce, otworzył drzwi i zaczął to oglądać, w myślach powiedział: [no kurwa, nieźle], pamiętał jak był za komuny w hotelu orbisowskim to była woda mineralna w cenie pokoju, ale żeby taka galeria, i jeszcze te dwie żubrówki... "cholera, jutro spotkanie w ministerstwie", powiedział sam do siebie, i po chwili dodał: "a zresztą nie lubię żubrówki", ale myśli Wolskiego w ułamku sekundy dodały: [tak - jakby tu o smak chodziło]. Zamknął drzwi tego kapitalistycznego przybytku, po chwili znowu otworzył i wyjął wodę mineralną, była w szklanych buteleczkach, bardzo estetyczne, przeszło mu przez myśl, zwracał uwagę na takie szczegóły, otworzył butelkę wlał do szklanki i wziął duży łyk, wstał z krzesła i podszedł do okna, odsunął zasłonę, spojrzał na miasto i powiedział a właściwie zamruczał: "chmmyy"... cdn.

Przypominam ostatni odcinek żeby była ciągłość powieści, robie to dla dobra literatury = wiadomo, tu znajdziecie mój cały dorobek literacki, powinno być: nie mój cały, tylko cały mój, ale niech tam...

O autorze